O autorze
Bardzo lubię podróżować i poznawać ludzi, dlatego zostałam psychologiem od relacji międzykulturowych. Dzięki temu włóczenie się po świecie mogę nazwać pracą.
Okazuje się, że tych którzy "nie mogą usiedzieć" jest wielu, podróżują z najróżniejszych powodów; zawodowych, życiowych, rozrywkowych, ale łączy ich jedno: wspaniale potrafią się dziwić. Czasem zresztą to dziwienie się, chęć poznawania innych i innego kosztują sporo wysiłku. Dlatego warto zbierać doświadczenia i wiedzieć, od czego to zależy, że czasem nam łatwiej, a czasem trudniej znaleźć wspólny język. Pracuję z organizacjami międzynarodowymi, ekspatami oraz ze studentami. Bardzo dużo się od nich uczę... Ten blog jest o tym, co nam potrzebne do tego, by uczyć się świata.

Sajens fikszyn, czyli, kiedy już nie możemy patrzeć na tabelki

Prowadzę ostatnio badania nad szeregiem mechanizmów motywacyjno-poznawczych, odpowiedzialnych za powstawanie zachowań niestandardowych, związanych z kreowaniem kapitału symbolicznego w rozwoju potencjału zawodowego. Wiem. Niestrawne. No to prościej. Badam inspirację. To, jak jeden człowiek może przekazać coś innemu człowiekowi, a tamten pójdzie z tym dalej i wymyśli różne rzeczy. Te różne rzeczy nigdy by nie były wymyślone, gdyby nie inspirator. Ale sam inspirator też by ich nie wymyślił, musiał je przez siebie „przepuścić” zainspirowany. Zupełnie przypadkiem, na marginesie tychże badań dostałam od pewnego znajomego, któremu już nie chciało się ze mną gadać o regresji i analizie ścieżek (nieważne, takie tam tematy branżowe) tekst. Tekst ów mnie zainspirował i powstał mój tekst. I potem powstał Jego. Rzecz niedługo stanie się powieścią, powstałą eksperymentalnie. Poprzez inspirację właśnie. Taki rodzaj meczu tenisowego. Dzięki G – za pozwolenie na pokazanie małego fragmentu... Czytelnicy bloga dostają fragmenty początkowe, z konieczności okrojone...

Konstancja wróciła do domu niepocieszona. Zdjęła przemoczony płaszcz i
suche, ale niewygodne za to kozaki na płaskim obcasie i z wyraźną ulgą włożyła nieco siermiężne kapcie. Kapcie stanowczo nie rymowały się ze skądinąd wyszukanym smakiem Konstancji w kwestii ubioru, ale z uwagi na chroniczny ból w lewej pięcie w kwestii akurat kapci miewała skłonność do przedkładania wygody nad wygląd.
Przynajmniej dopóki kapcie pozostawały niewidoczne dla osób trzecich. A dzisiejszego wieczoru miały właśnie pozostać niewidoczne, ponieważ żaden z trzech adoratorów, z którymi Konstancja utrzymywała regularne i satysfakcjonujące obie strony stosunki towarzyskie i seksualne, nie odpowiedział na jej propozycję wspólnego spędzenia wieczoru.
To znaczy — odpowiedzieli wszyscy, ale odmownie. Wracając do domu swoim ukochanym czerwonym Mini Morrisem rocznik 1976 zdążyła jednak przekonać siebie, że właściwie dobrze się stało, bo przecież tak naprawdę marzył się jej spokojny, cichy wieczór, spędzony w samotności przy kieliszku wytrawnego wina, dobrej książce, bez potrzeby odzywania się do kogokolwiek i zachowywania pozorów… Ale kiedy zaparkowała swój samochód na osiedlowym parkingu i wolnym (z powodu udręczonej lewej pięty) krokiem szła w kierunku swojej kamienicy, siąpiący od rana deszczyk zmienił się gwałtownie w potworną ulewę i Konstancja w ciągu chwili zmokła do suchej nitki, (...)
I z tego właśnie powodu wróciła do domu niepocieszona.
Żeby jakoś temu niepocieszeniu zaradzić, postanowiła zrobić coś, co w ciągu 15 ostatnich lat zwykle robiła, gdy była niepocieszona — postanowiła mianowicie zadzwonić do Grzegorza. Sięgnęła więc po słuchawkę i natychmiast ją odłożyła na
widełki, bo przypomniała sobie, że przecież nie pamięta, jaki Grzegorz ma numer. Wszystko dlatego, że Grzegorz numery telefonów zmieniał równie często, jak kochanki — w sensie dosłownym, ponieważ za każdym razem, gdy rozstawał się z kolejną swoją narzeczoną, zmieniał numer telefonu na wypadek, gdyby była chciała go nękać telefonami i czynić mu wyrzuty. (...) W odróżnieniu od większości swoich znajomych, Konstancja w dalszym ciągu korzystała z telefonu stacjonarnego. Nie dlatego, że uważała, że to praktyczne, tylko dlatego, że kilka lat wcześniej otrzymała od (...) bogatego spadkobiercy rodziny przemysłowców z północnej Szwecji, jeden z pierwszych aparatów wyprodukowanych w słynnej fabryce Ericssona. (...) Sven dzwonił do niej od czasu do czasu z Kiruny, by sprawdzić, jak się miewają Konstancja i jej zabytkowy telefon. Aparat ów został więc na wyposażeniu jej mieszkania dla świętego spokoju, choć nie miał nawet części tych funkcji, w jakie domyślnie wyposażone są nawet najbardziej prymitywne współczesne telefony. Jak choćby zapamiętywanie numerów telefonów najbliższych znajomych.
(...) Gdy więc sięgnęła po swój gustownie oprawiony kalendarz i odszukała numer telefonu Grzegorza, nie mogła go odcyfrować w całości. Kłopot dotyczył trzech ostatnich cyfr. Po namyśle uznała jednak, że w grę wchodzą 4 możliwości. Za pierwszym razem dodzwoniła się do wikarego w parafii polsko-katolickiej w Tylawie. Za drugim — o właściciela agencji towarzyskiej we Wrocławiu, który — usłyszawszy wybitnie radiowy głos Konstancji, złożył jej natychmiast kilka nieprzystojnych propozycji. Za trzecim razem trafiła na mieszkającego nie wiadomo gdzie osobnika cierpiącego na SPBP (syndrom polskiego buraka pastewnego), który na jej pytanie: „Grzegorz?” odparł uprzejmie: „Coś ci się pojebało, słonko”. Czwartej możliwości nie sprawdziła, gdyż jej poirytowany wszystkimi przeciwnościami losu umysł zmusił ją do tego, by — zamiast cierpliwie wbić kolejny numer telefonu w staroświecki cyferblat zabytkowego Ericssona — wyrwała aparat razem z całym okablowaniem ze ściany i rzuciła nim z całej siły na oślep. Telefon poszybował przez przedpokój i trafił w czoło sąsiada, który właśnie stanął w drzwiach mieszkania Konstancji; (...)
Trzeba powiedzieć, że Konstancja była w znakomitej kondycji, wiadomo: basen, siłownia, yoga… Rezultat mógł być tylko jeden.
Sąsiad zmarł na miejscu.

...............................................................................................................................................

Weronika przyglądała się ciału leżącemu na progu. Podeszła na tyle blisko, żeby sprawdzić, jak poważna jest sytuacja. Nie nazbyt blisko. Wyglądało na to, że aparatu telefonicznego nie da się już odratować. Podobnie z resztą, jak niezbyt atrakcyjnego ciała, które kiedyś było niezbyt atrakcyjnym czterdziestolatkiem. „Ciekawe”, pomyślała. „Nawet martwy wygląda nieszczęśliwie”. Weronika wiedziała doskonale, jak mylące mogą być pierwsze wrażenia. Ale wiedziała też, jak patrzeć na człowieka, żeby zobaczyć znacznie więcej, niż to, co widać na pierwszy rzut oka. Oceniła tężyznę fizyczną, kolor cery – teraz już nieco więdnącej. Spojrzała na dłonie, na kształt i kolor paznokci. Jej uwagę zwrócił pewien szczegół, który wydawał się znajomy...
Wróciła do rzeczywistości. Cóż, rozważaniami na temat martwego już życia można zająć się później. Teraz trzeba popracować nad faktami. Umysł Weroniki przetwarzał dane – jak zwykle – szybko i efektywnie. Konstancji nigdzie nie ma. Na stole tylko kieliszek wina. Jeden. Torba i płaszcz niedbale rzucone na sofę. (...) Taaaak, informacja i manipulowanie ludzkim umysłem. To były ważne narzędzia pracy Weroniki. Zatem przystąpiła do pracy. Wybrała z pamięci swojego telefonu numer, który często przydawał się w takich sytuacjach. Bardzo precyzyjnie zrelacjonowała ważne szczegóły, następnie opisała dalszą procedurę. Po drugiej stronie nie padło ani jedno słowo. Weronika wiedziała jednak, że rozmawia z właściwą osobą.
(...) G, do którego zadzwoniła Weronika był takim właśnie partnerem. Doskonale znali wzajemne oczekiwania, wiedzieli, gdzie ich interesy łączą się na tyle, że współpraca będzie przebiegała bez zakłóceń. Byli bardzo dobrzy w tym, co robią. Tworzyli zyskowną, efektywną i dyskretną koalicję. Ok., to załatwiało sprawę ciała.
Sprawa okiełznania Konstancji wydawała się nieco bardziej skomplikowana. (...)
Ale Weronika potrafiła czekać. Czas był w tej sytuacji jej sprzymierzeńcem.
Podeszła do stołu. Przez moment wahała się, czy użyć kieliszka Konstancji. Ta myśl dawała jej niejaką przyjemność. To prawie, jak pocałunek... Jak bardzo niezwykły byłby to pocałunek... Jednak opanowała emocje. Usiadła w fotelu. Czekała.

..............................................................................................................................................

Obudził mnie dzwonek telefonu… To znaczy nie, nie „dzwonek” i nie „telefonu”. Jedno zdanie, dwie pomyłki. Nasze nawyki myślowe i ogólne lenistwo intelektualne doprowadzą nas kiedyś do zguby. A może to nie są pomyłki wcale, tylko wynik adaptacji? Wraz z postępem technicznym uczymy się, że dzwonek nie musi koniecznie dzwonić, a nazwę „telefon” możemy rozciągnąć na przedmioty, które od telefonów jakościowo się różnią… Jest to w każdym razie wygodniejsze niż nazywanie
rzeczywistości za każdym razem od nowa.
Nie dzwonek więc mnie obudził, tylko „London calling”, bo tak zaprogramowałem
swojego iPhone’a. Strummer dotarł już do refrenu, a ja dalej zwlekałem z odpowiedzią. Wiedziałem, kto dzwoni i domyślałem się, że sprawa jest poważna. Taką mieliśmy umowę. Że zadzwoni tylko w razie absolutnej konieczności. (...) przez wszystkie te
lata włożyliśmy wiele wysiłku w to, aby ustalenie jakiegokolwiek powiązania między
nami było co najmniej bardzo trudne.
Wreszcie odebrałem i słuchałem, co ma mi do powiedzenia. W normalnych okolicznościach uznałbym to za kiepski dowcip. Ale w jej przypadku żadne okoliczności
nie były normalne.
Nie powiedziałem nic. (...)
Zdawałem sobie sprawę z tego, na co się zdecydowałem. I z tego, jak bardzo ryzykuję. I to w imię czego?
Wyszedłem z mieszkania i zszedłem po schodach na sam dół. Na przystanku kupiłem kilka biletów jednorazowych w automacie. Wsiadłem w pierwszy autobus jadący w kierunku Śródmieścia. Wysiadłem przy stacji metra i poszedłem do kawiarni “Six degrees”. Zamówiłem w barze butelkę cydru, zapłaciłem i usiadłem przy stoliku tuż obok stolika z czasopismami.
Siedziała dwa stoliki dalej i w skupieniu czytała jakiś tygodnik. Poza nami w knajpie nie było nikogo. Bez pośpiechu dokończyła artykuł, dopiła wino, ubrała się i wychodząc odłożyła tygodnik na stojak. (...) Klucz do mieszkania i kartka z adresem były przyklejone do strony z artykułem poświęconym wynikom najnowszych badań nad schizofrenią. Tak jak zapowiedziała.
(...) Kartkę z adresem spaliłem, kiedy po wyjściu z “Six degrees” udawałem, że zapalam papierosa. Wysiadłem dwa przystanki dalej niż powinienem i ruszyłem wolnym krokiem w kierunku kamienicy z adresu.
(...)
Spojrzałem na trupa i osłupiałem. Poznałem go natychmiast, choć stężenie
pośmiertne trochę mu już zniekształciło twarz. Poczułem, że się boję jak już dawno się
nie bałem. (...)
Na stole stał kieliszek wina. Jeden. Wino… Z wewnętrznej kieszeni wyjąłem piersiówkę i upiłem spory łyk wódki czystej. (...) z tyłu głowy pojawiła się absurdalna nadzieja, że wszystko, co zobaczyłem (...), było tylko złudzeniem. Jeszcze jeden łyk. (...) Spojrzałem na trupa ponownie. Nie, nie pomyliłem się. To naprawdę był on. Choć mój umysł stanowczo sprzeciwiał się przyjęciu tego prostego (prostego?) faktu do wiadomości.
(...)Czy ona wie? Czy wie, kto to jest?
Czy wie, że go znam… Znałem kiedyś, to znaczy? Nie trwało to długo. W ułamku sekundy zrozumiałem bowiem, że tym razem nie będę mógł jej pomóc. Musiałem uciekać.
Trwa ładowanie komentarzy...