O autorze
Bardzo lubię podróżować i poznawać ludzi, dlatego zostałam psychologiem od relacji międzykulturowych. Dzięki temu włóczenie się po świecie mogę nazwać pracą.
Okazuje się, że tych którzy "nie mogą usiedzieć" jest wielu, podróżują z najróżniejszych powodów; zawodowych, życiowych, rozrywkowych, ale łączy ich jedno: wspaniale potrafią się dziwić. Czasem zresztą to dziwienie się, chęć poznawania innych i innego kosztują sporo wysiłku. Dlatego warto zbierać doświadczenia i wiedzieć, od czego to zależy, że czasem nam łatwiej, a czasem trudniej znaleźć wspólny język. Pracuję z organizacjami międzynarodowymi, ekspatami oraz ze studentami. Bardzo dużo się od nich uczę... Ten blog jest o tym, co nam potrzebne do tego, by uczyć się świata.

Którą częścią ciała, czyli na temat wciągania nosem...

Ludzie podobno dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy uważają, że ludzie dzielą się na kategorie i tych, którzy tak nie uważają. „Wymieniacze kulturowi”, czyli osoby spotykające się z nową kulturą dzielą się na różne kategorie. Niektóre można pewnie opisać w odniesieniu do metody kontaktowej, czyli w uproszczeniu części ciała, która jest do kontaktów międzykulturowych najintensywniej używana.

Istnieje zapewne tzw. „kategoria zerowa” – niekontaktująca się żadną częścią ciała. Czyli w skrócie: ekskluzywny ośrodek za murami, oferta all inclusive, egzotyczna nazwa miejsca. Nie ma co się wymądrzać – też tak czasem robię, jak się zmęczę innymi formami kontaktu. Można się „docywilizować”, CNN pooglądać, przewodnik po danym miejscu na plaży poczytać...

Jest rodzaj kontaktu dolnokończynowego – przemierzanie. Niektórzy przemierzają BOSO. Potem mogę sobie ich (jego) książki na tej plaży all inclusive poczytać.

Kontakt górnokończynowy, czyli dotykanie, zbieranie, skubanie. Świat stoi przed górnokończynowcami otworem, bo nie ma języka, w którym się nie dogadają przy pomocy kilku gestów. Mogą się z resztą z tego urodzić długie dyskusje. I fantastyczne interesy.

Oczniaki, inaczej oglądacze podziwiają, często uwieczniają.

Jest też kategoria pełnego kontaktu całym ciałem – ci co włażą, wdrapują się, wślizgują, nurkują, spuszczają się na linach, mieszkają z tambylcami...

Słuchawki to ci, którzy rozróżniają klakson nowojorskiej i warszawskiej taksówki. Wiedzą, jak brzmi tuk tuk (i dlaczego się tak nazywa). Pewnie też lepiej słyszą akcenty.

O podróżach językowych – czyli pogoni za nowymi, niezwykłymi smakami napisano już tomy. Zwykle tomy z przepisami.

No i z tą ostatnią kategorią wiąże się jeszcze jedna – wciąganie nosem, czyli poznawanie kultury przez jej zapachy. Rozmawiałam ostatnio z kimś, kto się ze mną zgodził, że potrafimy opisać zapach londyńskiego i paryskiego metra. Jest charakterystyczny zapach angielskiego pubu wieczorem i paryskiej kawiarni rano. Słona woda na różnych szerokościach geograficznych różnie pachnie... Wiatr, ziemia, ulica, mieszkańcy... Smog w różnych metropoliach...

Te wszystkie kategorie często się spotykają. Moje ulubione spotkanie to na ogół lokalny bazar z jedzeniem. Tam można dotknąć czegoś, co choć dziwnie wygląda okazuje się jadalne. Czasem jedna z kategorii kulturopoznawczych przeszkadza jednak w zanurzeniu się w poznawaną kulturę. Przykład? Durian. Do spotkania w Azji na każdym rogu. Podobno król owoców. Przesmaczny, lekko słodkawy, orzeźwiający, jego delikatny miąższ rozpływa się na języku. Byłby poezją i marzeniem, gdyby nie zapach. Nie do opisania. Jakby coś umarło, wstało jako zombie, znowu umarło, a potem się przeterminowało.

Ale skoro polubiłam jedzenie serów, których zapach potrafi przerazić kota sąsiadów, pewnie wdrożę się kulturowo i w durian. Trzeba dać sobie czas.
Trwa ładowanie komentarzy...